Zakładki:
Czytam także:
Łódzkie inicjatywy
O Autorze:
Odwiedzam:
|
niedziela, 03 kwietnia 2011
-Dzień dobry z tej Strony Pana Konsultantka z Pana Banku. -Tak. -Mamy dla Pana nowe produkty kartę kredytową „radość życia” i „złota rybka” - Ja nie potrzebuje, żadnej z tych rzeczy. -Będzie miał Pan „radość życia” znajdą się potrzeby. -W sumie Ja już jestem szczęśliwy. -To potrzebuje Pan „złotej rybki” spełni Pana wszystkie życzenia. -Hmmm… -Widzi Pan, zastawia się Pan, życzenia właśnie się spełniają. Złota rybka już pana uszczęśliwia. - Co zrobi dla mnie ta „złota rybka” ? -Wszystko, co Pan zamarzy sobie i da panu „okres łaski” kiedy nie będzie Pan myślał o konsekwencjach. - „Okres łaski”- To mi się podoba, ile nie będę musiał myśleć o konsekwencjach ? - Przez dwa miesiące może Pan zapomnieć o swoich czynach. - Co się w tam razie potem jak już zupełnie zapomnę… -Pana życie ulegnie delikatnej zmianie… -Niech mi Pani powie, co się stanie ? -Radość życia stanie się jebaną apokalipsą i się od Pana nie odczepimy do końca Pana marnej egzystencji -Czyli ta „radość życia” to na krótką metę ? - Na tyle ile pan ze chce o ile będzie pan oddawał nam długi. -Słyszę, że Pani chce mi zapewnić szczęście. -Tak oczywiście „radość życia” albo „złotą rybkę” proszę Pana. -Proszę Panią jak każda kobieta widzę, że chce Pani zapewnić mi problem ekonomiczno-seksualny, będę widział chuja w portfelu. -Proszę Pana taka kolej rzeczy za chwilowe szczęście płaci się zazwyczaj najwięcej…
wtorek, 19 października 2010
Czasami dobrze jest napisać kilka słów o rzeczach nieistotnych, banalnych i po prostu całkiem zwyczajnych. Z takim postanowieniem zaczynam pisać tą pierwszą notkę od dawna, bo taka oto nadzwyczaj niepozorna rzecz jak mój tajwański sprzęt, nazywany również telefonem komórkowym, ubodła mnie i się dzielę moimi spostrzeżeniami. Ostatnio jeżdżąc niesamowitą liczbę minut tramwajami, obserwuje sobie współpasażerów i ich telefony, a właściwie, co z nimi robią. Każdy wie telefon służy do dzwonienia, jednak nie, a przynajmniej nie do końca, bo ma w sobie magiczną funkcj zapisz. Zapisać można wszystko zdjęcia, smsy, telefony, nagrać kolegę, bądź tajnego współpracownika, ba można się wymienić pokazać i inni też mogą i każdy zapisuje swoją pamięć podręczną i nie każdy pamięta o tej naturalnej coraz mniej już przydatnej i wadliwej. Tak każdy może sobie zawsze podpatrzeć, co było wczoraj, przedwczoraj, tydzień, miesiąc rok temu. Nic nie jest pozowane i nawet zdjęcia trudno nazwać, zdjęciami, bo to zazwyczaj migawki z rzeczywistości jak Janek pije wino, Ela całuje Janka i tak po troszku zwalnia nas to z pamiętania, bo w tym magicznym pudełeczku, które mam ze sobą wszystko się zawiera. Nawet laptop wydaje się troszkę jak nie z tego świata jest za duży nie robi zdjęć i nie rozpoznaje piosenek, a to przecież są informacje, które utrwalamy, ciągle. Ponad to nasza muzyka znajduje się w telefonie, książki, ściągi i inne małe małe sprawy o których warto pamiętać. Trzyma się i magazynuje sms od kumpla, któremu urodziło się dziecko, wiadomość od dawnej bądź obecnej miłości, a czasami od obydwu, bo czemuż nie to przecież nasza prywatna przestrzeń. Teraz dodajmy do naszego magicznego pudełeczka czas, bo każdy ma zegarek w telefonie, każdy widzi kiedy to było, dodaje do kalendarza zapisuje dni, a później układa krok po kroku, moja rzeczywistość z telefonii komórkowej wydaje się całkiem przytulna, żeby mi tylko ktoś go nie jebnął, bo dla niektórych ma tylko wymierną wartość materialną. Jak widzimy nasz telefon zaczyna zyskiwać osobowość ma już pamięć, ma już czas i oczywiście ma swój wygląd. Od prostego banalnego plastikowego szaraczka do jak to mówi najzajebiostrzastego modelu ze światełkami, żeby polansować się w tramwaju bez słuchawek z dobrym basem ;)Kiedyś jak jeszcze żyły dinozaury obudowy były wymienne, teraz jest wymienne całe wnętrze, wszystko można personalizować, wszystko można zapamiętać.i Nasze pudełeczko z różnościami staje się całkiem osobiste i wydaje się już nawet nie pudełeczkiem, które przechowuje moją pamięć, ale jakimś zupełnie spersonalizowanym objawem mnie, może nie długo zacznie tańczyć i śpiewać, tego nie wiem, ale poczekamy zobaczymy. P.S Tak w ogóle to telefon komórkowy to kobieta czy mężczyzna. On telefon, ona komórka;)
czwartek, 22 kwietnia 2010
Biuro wiadomo gdzie, jak wszystkie inne w całej Polsce, magia boxu każego zauroczy. Konsultant - Czy dodzwoniłem się do Instytutu problemów jądrowych. Kobieta - Tak, ale jestem bardzo zajeta. Konsultant - Zajmę tylko chwilę Kobieta - Nie mam czasu mam mnóstwo pracy i teorie dlaczego państwo do mnie dzwonią Konsultant - Jaką ? Kobieta - Państwo opóźniacie moją bardzo ważną prace, dręczac mnie jakimiś przyziemnościami... Trzask kobieta rzuca słuchawkę, konsultant podnosi brew. Konsultant -Przecież my nie mamy energii jądrowej w Polsce. Konsultantka -Może mamy problemy z przystosowaniem tej energii. Konsulatnt - Skoro nie mamy reaktora, ani elektrowni...to po co nam instytut, może rozwiązujemy problemy innych ? Konsultanka Zobaczysz jak węgiel się skończy i zburzą kopalnie w Bełchatowie, to taka elektrownia i instytut jak znalazł. Konsultant Czy ja płacę za insytut, który rozwiązuje problemy, które nie istnieją. Konsultantka Tak, żeby żyło nam się lepiej.
poniedziałek, 05 kwietnia 2010
Mi chodzi tylko o łóżko, Wcale nie jest ze mnie żadne cacuszko, Czasami biorę od Ciebie coś do żarcia, I udaje, że nie potrzebuje wsparcia.
"Tylko łóżko" to chyba mój ulubiony wiersz Osieckiej, tak przypomniał mi się ostatnimi czasy i wyszła z tego mała polemika :), a tu proszę w oryginale: http://wiersze.doktorzy.pl/lozko.html
wtorek, 30 marca 2010
W pewnej wyimaginowanej firmie, która ma swoje znaczne odbicie w rzeczywistości, był sobie król, którego można nazwać także prezesem. Pewnego dnia Prezes przemówił: - Jako, że zbliżają się święta, dostaniecie bonus, będziecie mogli walczyć o swoje własne pieniądze. -Jak to o nasz Królu-Prezesie? -Jeśli każdy z was sprzeda dwa razy więcej czekoladek niż zwykle, będzie mógł zobaczyć dziesiątą część swych pieniędzy przed świętami. -Jak to Królu ? Przecież to nasze pieniądze? -Wasze, ale tak są dla mnie dwa razy więcej warte.
poniedziałek, 22 marca 2010
Każdy ma chwile oburzenia, a co tam Ja też mogę mieć. Wyraże to całkiem dobitnie, nie wiem jak można być takim IMBECYLEM jak marszałek Komorowski, który w programie Tomasza Lisa tłumaczył swoje zdanie na temat in vitro. Otóż według kandydata na kandydata admistracja musi kontrolować procedurę dofinansowania in vitro, bo mogą pojawić się przypadki w, których kobiety rodzą dzieci dla pieniędzy, korzystając z refundacji państwa. Chyba wszyscy w studiu postawili oczy, ludzie przed telewizorami też, Tomasz Lis, konsternacja i pytanie: "Czy pan wie jak bolesna to jest procedura ?" Komorowski: "ale w Wielkiej Brytani już zdarzyły się takie przypadki". Rozumiem, że Marszałek, nie ma takiej świadomości, bo jest ojcem piątki dzieci, rozumiem także, że mężczyźni czasami myślą inną częścią ciała niż głową i chyba w tym przypadku jest to, aż za bardzo widoczne. "Tomasz Lis na żywo" Poniedziałek 22.03.2009 Podobno trudniej pisać o rzeczach pozytywnych, więc popłynę z prądem i napiszę o negatywnej, póżniej przejdziemy do meritum sprawy i będzie już trochę trudniej, ale za to bardziej kolorowo. Na pierwszy ogień zatem pójdzie debata między dwoma kandydatami PO, Jaka debata była każdy widział. Dwie gadające głowy wygłaszające swój monolog, chciały zepsuć pierwszy dzień wiosny, który był w dodatku pogodny, debata wręcz przeciwnie pochmurna i śmiertelnie nudna. Przypomina mi się stary brytyjski serial "Tak panie ministrze", wszystko poukładane, wszystko dopięte na ostatni guzik, żeby utrzymać status quo. Główni aktorzy tego spektaklu posiadali nawet dublerów, którzy trenowali odpowienie podanie ręki na końcu, żeby jak najlepiej wyszło w kamerze!!! Ja nie wytrzymałem, przełączyłem program oczekując na rzeczywiście inny punkt widzenia.
Zobaczyłem u Grzegorza Miecugowa jego gościem był L.U.C. przede wszystkim to muzyk, łaczący wiele gatunków, a także form wyrazu, którego ambicją jest to, żeby jego sztuka stała się kolażem muzyki, grafiki i filmu. Rozmowa toczyła się na temat ostatniego albumu artysty "39/89" i planów z nim związanych. Niby nic olśniewającego i dającego nowe spojrzenie, bo na ile sposobów można opowiedzieć nasza historie. Okazuje się, że można na przynajmniej jeden więcej niż nam się zdaje. Wydaje mi się też ten sposób o wiele bliższy mojemu pokoleniu roczników początku lat 80-tych, które swoje dzieciństwo spędziały podczas przełomu, niż mitologia teczek. Film ma być w założeniu przedłużeniem albumu i opowiadać o naszej historii w sposób zrozumiały nie tylko dla Polaków, ale także innych nacji. Ma być spojrzeniem mlodego człowieka, który jak stwierdził L.U.C ma "zajawke na historie" i chce łączyć nowoczesną technikę z starymi wartościami.Można tylko pogratulować pomysłu i życzyć z całego serca. Być może zobaczymy w końcu coś więcej niż wszechwładna "mitologia teczek" i spojrzenia na historie, oczami oszukanego i zdradzonego narodu mającego pretensje, do samego siebie, że jeszcze istnieje. Zwłaszcza, że jest to coraz bardziej obca optyka, której nie rozumie większość młodych, a jest przekazywana z największą czcią przez starsze pokolenia. Może jest tak, iż młodzi potrzebują, o wiele bardziej historii, pamięci i tożsamości niż to wcześniejszym pokoleniom się wydaje. W czasie popkultury, negacji wartości, tworzenia nowego systemu i płynnej rzeczywistości. Potrzebna jest chwila w, której najważniejszymi cześciami składowymi naszej narodowej tożsamości, nie będa: przegrane walki, wielkie oszustwa i martylogia narodu. Jest to apel o odkrywanie historii na nowo i patrzenia na nią przez pryzmat naszej teraźniejszości i miejsca w, którym przyszło nam żyć, a nie resentymetów, które siedzą w naszym narodzie. Sam L.U.C stwierdza, że jego narracji bliżej do gwiezdnych wojen niż podręcznika do historii. W tej konwencji powstaje, także drugi film "Hardkor 44" Tomasza Bagińskiego opowieść o powstaniu warszawskim, widziana w estetyce komiksowych herosów.Nowa "popkulturalna historia" oczywiście idealna nie jest, ale zaczyna być opowieścią nowego pokolenia o tym co najważniejsze.
poniedziałek, 15 marca 2010
Polski festiwal jadu i frustracji czas zacząć. Przyczynkiem do niego stała się rozmowa z poniedziałku 8 marca w programie "Tomasz Lis na żywo" O dziwo Tomasz Lis znany nam z napuszczania na siebie swoich gości i nieustannych walk o nic, nie jest powodem tej burzy w szklance wody. Gośćmi programu byli Joanna "Koniec systemu" Szczepkowska i Kuba Wojewódzki. Rozmowa miała traktować o teatrze, gdyż Wojewódzki "wchodzi" do niego, a pani Szczepkowska spektakularnie z niego "wyszła" Sam pomysł godny pogratulowanie, w końcu teatr zajął miejsce w programie przed godziną 23 i nie była to w TVP"Kultura" Na początku można było pomyśleć, że to będzie kulturalna rozmowa dwojga ludzi o sztuce, gdzie każde z nich reprezentuje inny jej nurt i oboje spotkali się w teatrze. Jednak do rozmowy nie doszło, co najwyżej do podwójnego monologu. Wojewódzki jak zwykle chciał wciągnąć zgrabnie wszystkich w rozmowę o sobie, Szczepkowska się nie dała, jednak sposób w jaki to zrobiła był żenujący. Nie chodzi już tutaj nawet o nieznośną manierę wyniosłości, która przedstawiała, dodając, iż wszystko, co mówi jej partner w rozmowie jest błahe. Gdyż do takich sytuacji w stosunku do siebie Wojewódzki jest najpewniej przyzwyczajony, niestety Szczepkowska, nie wiedziała o czym toczy się dyskusja i nie za bardzo wiedziała, co chce powiedzieć. Tłumacząc swój "pośladkowy incydent" w Teatrze Dramatycznym, jednocześnie chęcią przekroczenia granic sztuki z drugiej strony zwrócenie uwagi na to, że za eksperyment(kolejne próby bez końca), się nie płaci tylko za wykonanie całości spektaklu jako produktu. Niestety w połączeniu wyszło z tego masło maślane, a Szczepkowska im bardziej się gubiła tym bardziej wyniosła się stawała. Nie można mieć także pretensji do Wojewódzkiego, że cały czas chciał skierować uwagę na siebie, gdyż zadawał pytania które Szczepkowska mogła umiejętnie wykorzystać np. "Czy uważa pani, że pokazanie pośladków jest wystarczającą prowokacją w dzisiejszym świecie ?." Odzewu jednak na to i podobne próby nawiązania rozmowy na poziomie innym niż chciałaby to zawodowa aktora kończyły się fiaskiem. Ponad wszystko jednak może denerwować ignorancja Szczepkowskiej w kwestii, nie zauważenia tego gdzie się znajduje. Przypominam to jest program Tomasza Lisa, który ogląda trzy miliony Polaków, z których nie każdy interesuje się teatrem, ba na pewno jakaś cześć zapomniała dawno gdzie taka instytucja się znajduje. Do takiej publiczności, też trzeba dobrać swój styl wypowiedzi, czego zawodowej aktorce, nie trzeba chyba tłumaczyć, być może jednak byłoby wskazane. Obserwowaliśmy dwa monologi jeden z przymusu, drugi z wyboru. Chwała Tomaszowi Lisowi, także za to, że mimo braku wiedzy o teatrze zdecydował się na zaproszenie tej dwójki, mimo nie udanej części programu i mimo wszystko, warto było rozpocząć taka dyskusję. Na tym moglibyśmy skończyć te kilka słów, jednak historia ma dalszy ciąg. Mianowicie Wielowieyska uznała, w swoim komentarzu, że Szczepkowska wielką artystką jest, a Wojewódzki nie ma wiedzy, żeby rozmawiać o teatrze. Jeśli dobrze sobie przypominam Szczepkowska nie rozmawiała z Wojewódzkim o warsztacie aktora tylko o sprawach bardziej ogólnych jak granice sztuki. Nie trzeba być od razu teatrologiem, żeby móc cokolwiek o teatrze powiedzieć. A Wielowieyska padła chyba ofiarą tej nieznośnej polskiej maniery, żeby móc cokolwiek powiedzieć, trzeba być magistrem w danym temacie, a najlepiej profesorem. W związku z czym uznała, że Wojewódzki do powiedzenia nie ma w tym temacie. Nie zauważając dość istotnych szczegółów Teatr już dawno przestał być sobą w sensie tradycyjnym i zarówno prowokacja jak medialność stała się jego integralną częścią. W takim ujęciu Wojewódzki mógłby mieć nawet tytuł doktora, lecz obie panie mimo prowokacji jednej i przyklaśnięcia drugiej zostały chyba gdzieś przed końcem słów "Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm." Szczepkowska wypięciem swoich pośladków nic nie zyskała, bo większą dyskusje wywołał sam program, niż jej gest. Wzniosły cel rozpłynął się w jeszcze bardziej wzniosłym słowie. Mimo pomocy w kolejnym wzniosłym artykuł, to Wojewódzkiemu płacą i realizuje swoje marzenia i to jest chyba najlepsza puenta.
niedziela, 07 marca 2010
czwartek, 04 marca 2010
Zacznę od tego, że książki Domosławskiego "Kapuściński Non Fiction" nie czytałem i pewnie może zostać to uznane za wielki minus mojej wypowiedzi, ale tematem tej notki nie jest sama książka, raczej przemyślenia na temat autora publikacji. W poniedziałkowy wieczór obejrzałem program "Tomasz Lis na żywo ", gdzie występował Domosławski. To, co najbardziej mnie zaintrygowało w jego wypowiedziach, a czasami zniesmaczyło to niedopowiedzenia, które mnożyły się w całym wywiadzie. Okazało się, że Autor nie był przyjacielem, Kapuścińskiego, tylko żył z nim w przyjaźni, nie był także jego powiernikiem tylko dyskutantem przez dziewięć ostatnich lat jego życia. Nagle było można poczuć jak osoba, która postuluje dyskusje o Kapuścińskim i ukazanie o nim całej prawdy zaczyna przemykać pomiędzy znaczeniami. Uczeń jednocześnie dystansuje się od mistrza i potrzebna jest mu akceptacja nawet nieżyjącego już mentora. Padają stwierdzenia: "Kapuściński nadal jest moim mistrzem" Kapuściński to człowiek wielowymiarowy". Po kilku chwilach pada jednak chyba najważniejsze stwierdzenie "pomnik jest nieciekawy", jest nieciekawy według autora książki, bo gdyby patrzeć na poczytność książek Kapuścińskiego, to wydaje się, że czytelnicy nadal interesują się tym pomnikiem. Trzeba zaznaczyć tutaj, że każdy autor jest troszkę kreacją samego siebie, a nawet każdy człowiek, jest kreatorem swojego wizerunku. Ryszard Kapuściński jak najbardziej zalicza się do tych kreatywnych osób, które same tworzyły swój pomnik. Dla Domosławskiego jest jednak nieinteresujący, pewnie, dlatego, że znał osobiście autora "Hebanu" i zapragnął wyjąć prawdę nieco bardziej złożoną niż pomnik stereotypu, który stworzył jego mistrz. W obrazie tej sytuacji brakuje mi odpowiedzi na pytanie czemu książka nie została wydana za życia Kapuścińskiego? Nie przekonuje mnie znów odpowiedź samego autora, iż nie myślał o tym, że jego rozmówca umrze. Szukając odpowiedzi na to pytanie, można stwierdzić, że odejście Kapuścińskiego, wyzwoliło autora jego biografii z więzów, które posiadał. Publikacja książki tym samym stała się mniej kosztowna z punktu rachunku zysków i strat osobistych. Nie posądzając go o złą wolę, przekroczył jednak pewną niepisaną granicę i po jej przejściu, przyjaźń stała się pewnego rodzaju balastem. Gdyż ukazując prawdę zapewne jedną z wielu stał sie demaskatorem i to najbardziej wnikliwym gdyż ujawnił intymne zakamarki życia swojego mentora. Jakkolwiek intencje w tej sytuacji nie byłby pozytywne to prawda, która przedstawił jak sądzę przerosła jego samego i stał się jej orędownikiem przestając być przyjacielem. Dobitnym przykładem tej tezy jest twierdzenie Domosławskiego, że Alicja Kapuścińska wiedziała, że to będzie książka biograficzna. Sama zainteresowana twierdzi, że nie ma o tym pojęcia. Jak mówią prawda jest gdzieś po środku, zastanawiające jest tylko to, że żadne z dwójki oponentów nie jest wstanie jej zobaczyć, gdyż każdy widzi swojego Wielkiego Autora. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||